Czwarty tom opowiadań przedwojennych najbardziej warszzawskiego z pisarzy Stefana Wiecheckiego WIECHA. W tym tomie publikujemy komplet opowiadań żydowskich z lat 1934-36 drukowanych pierwotnie w dzienniku "Dobry Wieczór! Kurier Czerwony!" Zdecydowana większość jest publikowana w formie ksiązkowej po razz pierwszy dzięki drobiazgowej pracy edytora Roberta Stillera. W szczegółach znajdziecie próbkę!
Wiech to gentleman, szalenie dowcipny, nigdy jadowity, często wzruszający. Jego felietony są wynikiem obserwacji bardzo uważnej, pracy w swoim rodzaju całkiem twórczej i na wskroś oryginalnej. Maria Jasnorzewska Kto czyta Wiecha ten się uśmiecha!
Zobacz także
Mały żigolo
Pani Guta ubóstwia tańce. Przepada za nastrojem panującym w dansingu. W każdym fordanserze widzi małego żigolo, skrzywdzonego przez życie. Nic też dziwnego, że łzy zakręciły się jej w oczach, kiedy pewnego razu w restauracji spojrzała na siedzącego samotnie bladego młodzieńca w dobrze skrojonym smokingu. Gorzki grymas wykrzywiał ładne jego usta. Dochodziła pierwsza. Orkiestra grała kariokę. Pani Guta pochyliła się do męża, operującego z zajęciem leszcza z wody. – Tak mi coś brak, Maks! – Dołóż sobie kartofelków. W ogóle idz coś. Cała porcja liczona. – Mówię apropos dusza. Tęsknicę czuję. Mam pragnienie podpuścić się w pląs. Podaj mnie ramię. – Gucia, zostaw. Daj mnie jeść. Przede wszystkiem kariokie jeszcze nie umiem, a niezależnie tam siedzi ten plajtownik Rabinowicz, się będzie śmiał. Mogę cię wynająć szmondaka? Tu czuły mąż skinął na kelnera. – Panie, co jest? Moja żona nie ma z kim tańczyć! Od czego są baletniki? Podawaj pan jednego. W chwilę później smutny żigolo skłonił się pani Gucie i zaczęli tańczyć. Ale fordanser robił to jakby z urzędu, nie zwracając najmniejszej uwagi na partnerkę. Pani Guta postanowiła go rozruszać. – Pan mnóstwo zmuszony byłeś przecierpieć w życiu? – Prawdopodobnie tak jest. – Żal mi pana. Taki ładny chłopczyk i taki coś smutny. – Co mogę zrobić, pójdę się śmiać, z czego? Za wiele? Za pięć złotych i kolację? – Mniemam, że pan nie zawsze byłeś fortancerzem. Wyglądasz pan coś lepszego! – Zgadliście, Lipsztajnowa. – Co znaczy Lipsztajnowa, pan mnie znasz? – Co za pytanie? Z tej samej branży jestem. Trykotaże. Za subiekta się zatrudniałem w firmie „Rozenblat i Feinkind”. Kryzys, plajta i paszoł wont na bruk, na zbity łeb. Z powodu więc byłem pierwszy tangownik na sali Wajnmana, Pańska 37, dzisiaj tańczę i się martwię. – W ogóle, czy natomiast detalicznie? – W ogóle z powodu to nie jest życie dla kupca; detalicznie mam jutro licytację, zabierają mnie tego smokinga. – Suma? – Dwieście złotych prócz kosztów procesu. Nie tupcie, Lipsztajnowa, karioka nie jest oberek. Pani Guta, wzruszona opowieścią, postanowiła prosić męża, żeby pożyczył biednemu żigolo dwieście złotych na pięć procent w stosunku miesięcznym. Pan Maks Lipsztajn nie chciał na razie o niczym słyszeć, lecz w końcu zmiękł i dał. Oczywiście w terminie pan Beniek Grynszpan pieniędzy nie zwrócił. Pani Guta mile wspomina małego żigolo, ale jej mąż wprost przeciwnie, zaskarżył go do sądu grodzkiego i na zasadzie uzyskanego wyroku zajmie prawdopodobnie nieszczęsny smoking. Tak się przynajmniej w sądzie odgrażał. To jest życie!
216 stron; op. miękka; projekt okładki: Janusz Stanny; ISBN: 978-83-7998-070-3
Nowości, zapowiedzi, promocjedowiedz się jako pierwszy